wtorek, 18 października 2016

"Ściana sekretów" Tana French [recenzja książki]



Tana French to autorka zupełnie dla mnie nowa, nigdy nie miałam styczności z jej twórczością, ale opis "Ściany sekretów" do tego stopnia mnie zaintrygował, że musiałam po nią sięgnąć. Lektura powieści nieznanego sobie pisarza to zawsze pewne ryzyko, 
ale jaka satysfakcja, gdy wybór okazuje się strzałem w dziesiątkę!

Rok temu na terenie ekskluzywnej szkoły dla dziewcząt zostało znalezione ciało chłopaka.  Pomimo wnikliwego śledztwa, zabójcy 
nie odnaleziono.
Teraz jednak pojawia się nowa szansa. Na szkolnej tablicy ogłoszeń ktoś zostawia zdjęcie denata z podpisem: "Wiem kto go zabił". Sprawa od nowa nabiera rozpędu, oczy policjantów zwracają się ku dwóm wrogim grupom dziewcząt, które jak się okazuje, skrywają mnóstwo mrocznych sekretów i wiedzą o wiele więcej niż chcą powiedzieć.

Lektura "Ściany sekretów" zajęła mi ponad tydzień. To dość długo, 
ale nie uważam tego za coś złego. Ostatnio walczę z kryzysem czytelniczym, a Tana French sprawiła, że pomimo tego, każdego wieczoru zasiadałam z radością do lektury. A, no i książka ma 600 stron, więc jest konkretną cegłą.
Muszę przyznać, że rzadko trafiam na tak dobrze napisane powieści jak ta. Autorka niesamowicie posługuje się piórem, akcję prowadzi w dość powolny, a mimo to zajmujący sposób. Czytało mi się to tak przyjemnie, że szkoda było kończyć. "Ściana sekretów" przypominała mi trochę kryminały w starym stylu, po które kiedyś bardzo często sięgałam.
Książka naszpikowana jest tajemnicami, które skrywają uczennice szkoły Świętej Kildy. Nastolatki manipulują śledczymi i kłamią bez mrugnięcia okiem, a ich zabiegi sprawiają, że czytelnik nie ma szansy zbyt wcześnie odgadnąć nazwiska mordercy.
Bohaterowie zostali wykreowani w bardzo rzeczywisty sposób, mają ciekawe charaktery, zaskakują i żaden z nich nie jest "czarny" albo "biały". Żadna z postaci nie zyskała mojej szczególnej sympatii, ale wiele z nich podziwiałam za inteligencję, silną naturę i nieprzewidywalność.
Powieść Tany French to nie tylko zwykły kryminał, ale też opowieść 
o sile przyjaźni. Momentami zazdrościłam dziewczynom, że tak bardzo się kochają i w każdej chwili życia mogą liczyć na siebie nawzajem. 
Nie ukrywam, że więź między bohaterkami jest bardzo dużym plusem "Ściany sekretów".

Mam świadomość, że pomimo tego, że mi książka niezmiernie się podobała, nie każdy podzieli mój entuzjazm. Rozwlekła i dość powolna akcja wielu może znużyć, ale jeżeli język autorki i jej sposób wypowiadania się, przypadnie Wam do gustu, przepadniecie. 
Ja dopisuję tę pisarkę do listy wartych czytania 
i będę zwracać uwagę na tytuły opatrzone jej nazwiskiem. Tydzień 
ze "Ścianą sekretów" zaliczam do udanych!


Za książkę uprzejmie dziękuję Wydawnictwu Albatros!

środa, 12 października 2016

"Spójrz na mnie" Nicholas Sparks [recenzja książki]


Nicholas Sparks to pisarz uwielbiany przez tysiące kobiet na całym świecie. W moim przypadku znajomość z tym autorem jest dość specyficzna. Uwielbiam ekranizacje jego książek ( "Pamiętnik" 
to jedna z moich ukochanych), ale kiedy zabieram się za lekturę którejś z powieści, zostaję z niedosytem.  Tym razem jednak Sparks mnie zaskoczył, pokazał mi nowego siebie i bardzo mi się to podoba.

Maria to dziewczyna, która ma idealną rodzinę. Świetny kontakt z siostrą i wspierający rodzice to coś, czego wielu może  jej pozazdrościć.
Collin natomiast to chłopak, który nie miał szczęśliwego dzieciństwa. Pod stałym nadzorem policyjnym powoli stara się wyjść na prostą i stać się normalnym, dobrym człowiekiem.
Wydawać by się mogło, że tych dwoje nigdy nie znajdzie wspólnego języka. Dzieje się jednak inaczej, ich wspólna przyszłość zaczyna jawić się jak bajka, dopóki Maria nie dostaje pierwszej pogróżki... Początkowo wszystko wygląda dość niewinnie, ale dziewczyna jeszcze nie wie, jakie piekło ją czeka.

Nie ukrywam, że dość rzadko sięgam po powieści Sparksa. Nigdy żadnej nie oceniłam negatywnie i każda mi się podobała, jednak zawsze czułam niedosyt. Nie umiałam się wzruszyć ani przeżywać żadnych głębszych emocji. Były to dla mnie powieści, o których szybko zapominałam.
"Spójrz na mnie" początkowo także wydawało mi się właśnie taką książką. Przyjemne w czytaniu, ale jednak trochę mdłe. Kiedy jednak autor wprowadził motyw prześladowania Marii, zaczęłam czytać powieść z zapartym tchem. Oczywiście, zmiana w moim podejściu do tej historii, wynikała z tego, że uwielbiam wszelkiego rodzaju kryminały i wątek  zagrożenia wiszącego nad główną bohaterką doskonale wpisał się w mój gust. Nie wiem, czy fani bardziej spokojnych powieści tak mocno jak ja docenią zabieg pisarza.

Początkowo dość mocno irytowała mnie postać Collina, która wydawała mi się sztuczna i nienaturalna. Z jednej strony to niegrzeczny chłopiec z przeszłością, z drugiej szczery i uroczy młody mężczyzna, ale coś tu zgrzytało. Według mnie Collin na początku znajomości z ludźmi za bardzo się odsłaniał i w pierwszej rozmowie opowiadał historię swojego życia. Biorąc pod uwagę, że chłopak w przeszłości miał sporo na sumieniu, ja poważnie zastanowiłabym się nad takimi zwierzeniami nowo poznanym osobom. To zachowanie bohatera kłóciło się z moim mocno introwertycznym charakterem i  nie do końca potrafiłam je zaakceptować.
Poza tą jedną rzeczą, nie znalazłam w książce nic, do czego można się przyczepić. Świetnie skonstruowana historia, ze sporą dawką napięcia, napisana bogatym, dobrze wypracowanym językiem. Nie ma wątpliwości, że Nicholas Sparks potrafi pisać i robi to na naprawdę wysokim poziomie. Jego powieści to jedne z niewielu romansów, które czytam bez zgrzytania zębami. W sposobie pisania autora widać, że ma już za sobą wiele wydanych pozycji, a jego doświadczenie procentuje mocniej przy każdym kolejnym tytule.
Podsumowując, "Spójrz na mnie" to książka, po którą warto sięgnąć. Nada się idealnie na prezent dla mamy, cioci, siostry czy przyjaciółki. Świetnie napisana powieść, która niesie ze sobą wszystko to, czego potrzebuje fanka romansów, a w bonusie dodaje jeszcze szczyptę mocniejszych wrażeń. Polecam!


Za książkę uprzejmie dziękuję Wydawnictwu Albatros!

wtorek, 4 października 2016

"Załącznik" Rainbow Rowell [ recenzja książki]


Nazwisko Rainbow Rowell wielu z Was zapewne dobrze zna. Każda z jej powieści, wydanych w Polsce, narobiła sporo szumu. Tak się jednak stało, że to właśnie "Załącznikiem" rozpoczęłam znajomość 
z twórczością autorki.

Lincoln stara się o pracę jako "administrator bezpieczeństwa danych" 
w pewnym czasopiśmie. Okazuje się jednak, że jego praca polega na...czytaniu cudzych maili! Pewnego dnia natrafia na korespondencję Beth i Jennifer. Powinien wysłać im upomnienie, ale ich  konwersacja tak go wciąga, że zaczyna na bieżąco ją czytać i angażować się w sprawy dwóch kobiet, których nigdy nawet nie widział. Mało tego, w pewnym momencie Lincoln orientuje się, że jakimś cudem zakochał się w Beth! Tylko jak teraz poznać ją w "realu" i przyznać się, że od miesięcy czyta jej korespondencję?

"Załącznik" to słodka i urocza historia miłosna, pozwalająca na kilka godzin relaksu. Przepełniona ciepłem, momentami zabawna, idealna na jesienny  wieczór. 
Nie jest to jednak powieść zasługująca na najwyższe noty. Przez całą książkę nie polubiłam Lincolna, który w mojej ocenie jest ciepłą, niezaradną kluchą. I nic tu nie pomogło, że jest nieziemsko przystojny 
i ma ciało greckiego boga.  Nic poza tym ciałem nie wskazuje, aby Lincoln potrafił być męski. Ma prawie 30 lat, a nie umie uwolnić się spod wpływu mamy, ma problem z poderwaniem kobiety, jest totalnie niezdecydowany i dziwię się, że tyle czasu udało mu się jakoś przeżyć 
i nie zrobić sobie krzywdy.
Bardzo polubiłam natomiast Beth i Jennifer. Dwie wyjątkowe przyjaciółki ze świetnym poczuciem humoru. Podobnie jak Lincoln, uwielbiałam czytać ich korespondencję i miałam z niej niezły ubaw.
Trochę zabrakło mi w książce emocji. Akcja była dość jednostajna, 
nie było mocnych punktów zwrotnych, dopiero pod koniec coś zaczęło się dziać i przyznaję, że zakończenie uratowało tę powieść.
Pomimo tych kilku zastrzeżeń, "Załącznik" czytało się bardzo przyjemnie i z pewnością sięgnę po inne książki Rainbow Rowell. Nie jest to żadne arcydzieło, ale zapewniło mi kilka naprawdę przyjemnych godzin i za to ocena na plus.

Za książkę uprzejmie dziękuję Wydawnictwo HarperCollins Polska!

niedziela, 2 października 2016

"Uratuj mnie" Anna Bellon [recenzja książki]


O "Uratuj mnie", najnowszym polskim YA było głośno na długo przed wydaniem książki. Wielu czytelników znało już tę opowieść w trochę innej wersji z Wattpada i wiedziało czego się spodziewać. Entuzjazm dotyczący tej powieści momentami był aż przytłaczający, a jej bardzo wysoka ocena na Lubimy Czytać potwierdza, że ludziom to się podoba. Moja opinia na temat książki Anny Bellon może być dla wielu dość kontrowersyjna, bo nie do końca rozumiem fenomen tej historii, 
ale o tym przeczytacie w dalszej części tekstu.

Maia to nastolatka, która po śmierci ukochanego brata postanowiła odciąć się od wszystkich przyjaciół i znajomych. Zamknięta w szczelnej skorupie pielęgnuje swoją tęsknotę i ból, a wzniesionego przez nią muru nikomu nie udaje się przebić.
Kyler to chłopak, który początkowo wydaje się być buntownikiem, typowym "bad boyem", ale szybko okazuje się, że to całkiem sympatyczny nastolatek.
Z jakiegoś powodu Kyler od początku bardzo chce zaprzyjaźnić się 
z Maią. Robi wszystko, aby dziewczyna zwróciła na niego uwagę 
i przestała przed nim uciekać. Jak się można domyślić, ich historia sięgnie o wiele dalej.

"Uratuj mnie" to książka, do której podchodziłam trochę jak do jeża. Słowo "Wattpad" na okładce sprawiało, że syrena w mojej głowie wyła naprawdę głośno. Powieść na szczęście nie okazała się gniotem, jednak mam do niej naprawdę wiele zastrzeżeń.
Historia bardzo prosta i schematyczna, opisana w setkach podobnych książek. Praktycznie każde wydarzenie byłam w stanie przewidzieć, tylko jeden raz udało się Autorce mnie trochę zaskoczyć. Tak oczywistych powieści na rynku wydawniczym jest mnóstwo, ale trzeba przyznać Annie Bellon, że jako czysto rozrywkowa lektura, książka sprawdza się dobrze.
Moim zdaniem za mało w "Uratuj mnie" jest muzyki i zespołu, który jest kręgosłupem całej serii Last Regret. Ten wątek jest bardziej tłem dla historii Mai i Kylera i osoby, które właśnie dla muzyki kupią tę książkę, mogą się trochę rozczarować.
Języka Autorki, według mnie, nie powinno się oceniać, nie biorąc pod uwagę, że to jeszcze nastolatka. Anna Bellon ma dopiero dziewiętnaście lat, więc w tej kwestii daję jej trochę fory. Dialogi w książce dostosowane są do wieku jej bohaterów: często są to naiwne słowne przepychanki, zwracanie się do siebie po nazwisku (co mnie strasznie raziło) i  typowe dla nastolatków słownictwo. Mnie ten język nie przypadł do gustu, 
ale myślę, że przeciętny szesnastolatek absolutnie nie zwróci na niego uwagi, bo sam w podobny sposób wyraża się na co dzień.
Niestety, zwróciłam też uwagę na fakt, że po stronie wydawniczej, również nie wszystko zostało dopracowane. W książce trafiłam na wiele literówek, błąd ortograficzny (waCHać się ???) i pomyłkę w imieniu bohatera. W dzisiejszych czasach, kiedy za książkę płacimy zwykle powyżej 30 zł, mamy prawo wymagać, aby jej tekst nie raził nas w oczy niedopracowaniem i nie irytował błędami ortograficznymi w słowach, których pisowni uczyliśmy się w szkole podstawowej.
Podsumowując, "Uratuj mnie" to nie żadne arcydzieło, a raczej zupełnie przeciętna książka, która przypadnie do gustu niewymagającym nastolatkom. Jeśli więc jesteś osobą, która czyta często, zwraca uwagę na język w książce i irytują Cię literówki, raczej odpuść lekturę. Jeśli szukasz typowo rozrywkowej powieści i nie masz dużych wymagań, 
jest szansa, że "Uratuj mnie" Cię usatysfakcjonuje. 

Za książkę uprzejmie dziękuję Wydawnictwu OMG Books!