środa, 15 marca 2017

Dla ciekawskich! "Szept wiatru" Sylwia Trojanowska - fragment



Taksówka podjechała przed mój dom. Spojrzałam na rozświetlone na parterze okna i zobaczyłam w nich sylwetkę matki.
Proszę jechać dalej — powiedziałam do taksówkarza.
Nie chciałam, aby zadawała mi pytania, a byłam pewna, że widok podpuchniętych od płaczu oczu od razu skłoniłby ją do tego.
Ale to jest Letnia dwanaście przecież.
Proszę jechać dalej — powtórzyłam.
Mam następny kurs. Daleko nie mogę — burknął, łypiąc na mnie w lusterku.
Nie będzie daleko. Do tamtej ulicy. — Wskazałam przed siebie, nachylając się w jego stronę.
Taksówkarz zrobił zniesmaczoną minę, jakby chciał powiedzieć: „We łbach wam się przewraca, małolaty”, ale ruszył.
Czterdzieści cztery złote — podsumował.
Nie otrzymawszy napiwku, cmoknął donośnie, wrzucił pieniądze do podłokietnika, jakby nie miały dla niego wartości, po czym szybko odjechał, chcąc najwyraźniej zapomnieć o klientce, która w żaden sposób nie wynagrodziła mu milczącego kursu.
Stanęłam pod znakiem zakazu zatrzymywania się, przyglądając się całemu sznurowi aut, które za nim stały. Mój ojciec wiecznie biadolił na temat lekceważącego stosunku sąsiadów do przepisów ruchu drogowego i o braku kogokolwiek, kto by ich tego nauczył. Sam nigdy nie miał donosicielskiej smykałki, ale kiedyś nawet przebąkiwał, że ktoś taki w naszym otoczeniu by się przydał. „Społecznik, taki prawdziwy i znający się na rzeczy, by tu w końcu zrobił porządek, bo przejechać tą Chromową nie idzie” — mawiał.
Wyjęłam komórkę i przycisnęłam skrót „Zośka”, pragnąc podzielić się całą tą niewyobrażalną historią z jedyną osobą, która mogła mnie zrozumieć, ale zamiast sygnału usłyszałam: „Abonent czasowo niedostępny”. Postanowiłam się przejść, ochłonąć po tym, co wydarzyło się przed jakąś godzinę. Nie co dzień, podczas kolacji o raczej romantycznym charakterze, zdarza się być świadkiem próby samobójczej, rodem z najbardziej przerażających thrillerów. Myśląc o tym, co się wydarzyło, cały czas widziałam krwawe plamy, w których leżała Karolina, jej wykrzywioną z bólu twarz i pełne miłości oczy, patrzące na Maksa, faceta, którego każda z nas kochała na swój sposób. Nigdy nie miałam do czynienia z tak wielką desperacją, takim poświęceniem, które za jedyny cel miało zatrzymanie przy sobie mężczyzny.
łam skrót „Zośka”, pragnąc podzielić się całą tą niewyobrażalną historią z jedyną osobą, która mogła mnie zrozumieć, ale zamiast sygnału usłyszałam: „Abonent czasowo niedostępny”. Postanowiłam się przejść, ochłonąć po tym, co wydarzyło się przed jakąś godziną. Nie co dzień, podczas kolacji o raczej romantycznym charakterze, zdarza się być świadkiem próby samobójczej, rodem z najbardziej przerażających thrillerów. Myśląc o tym, co się wydarzyło, cały czas widziałam krwawe plamy, w których leżała Karolina, jej wykrzywioną z bólu twarz i pełne miłości oczy, patrzące na Maksa, faceta, którego każda z nas kochała na swój sposób. Nigdy nie miałam do czynienia z tak wielką desperacją, takim poświęceniem, które za jedyny cel miało zatrzymanie przy sobie mężczyzny.
Nagle stanęłam przed niskim budynkiem, przypominającym robotniczy barak. Szyld nad wejściem kazał nazywać to miejsce Barem u Bosmana, żadnemu bywalcowi jednak nie przeszłoby przez myśl użyć tej nazwy. „U Starej Krychy” — tak mawiali wszyscy, klienci, sąsiedzi, a nawet policjanci, którzy czasami wzywani byli na interwencję.

Przez duże, okratowane okno dostrzegłam dwóch nieźle wstawionych, mocno gestykulujących mężczyzn. Popijali piwo z butelek, tonąc w gęstym dymie, który wypuszczali z ust. Nie wiem, co mnie do tego skłoniło, ale nagle znalazłam się wewnątrz. Śmierdziało tam piwem i jakimiś kiepskimi fajkami, których dym gryzł w oczy. Na stołkach przy ścianie siedziało trzech mężczyzn, którzy, zważywszy na strój, zjawili się pewnie zaraz po pracy na budowie. Debatowali o wyższości hybryd nad dieslami. W sumie słowo „debatowali” nie do końca oddawało poziom ich konwersacji, gdyż mężczyźni po prostu przekrzykiwali się, okraszając swoje wystąpienia siarczystymi przekleństwami. W głębi jacyś przysadziści mężczyźni rozgrywali partyjkę bilardu, okazując dezaprobatę dla kijów, które obarczali odpowiedzialnością za poziom swojej gry. Przy barze nikogo nie zauważyłam. Podeszłam tam i usiadłam na hokerze.



Kolejny fragment już jutro na http://cyrysia.blogspot.com/ . Zapraszam!